poniedziałek, 14 października 2013

11.



Ayano: „Po trupach do celu… dosłownie”, 0:54
           
            Zanim wszyscy zgromadzili się na naszym spotkaniu, zgłosiłam się do rozeznania południowo- zachodniej części terenu. Miałam ochotę na dłuższą chwilę wyrwać się od wszystkich, a odnalezienie tengu zajęłoby mi trochę czasu. No i oczywiście przede wszystkim nie chciałam widzieć Ichigo. Według naszych informacji nie działali w centrum Shanghaiu, tylko gdzieś na obrzeżu miasta. Wcale się nie spieszyłam. Biegłam po niebie ciągle w tym samym kierunku mając małą nadzieję, że znajdę jakiś trop. Jak na razie nic tylko spokój i oświetlone ulice miasta.
            Dochodziła powoli pierwsza w nocy. Zatrzymałam się na chwilę przy automacie z kanapkami. Kolację mieliśmy dawno, a nie wiadomo czy nie spóźnimy się na śniadanie. Wrzuciłam ostatniego drobniaka jakiego znalazłam w haori i po chwili wyciągnęłam kanapkę. Schowałam ją do kieszeni i już miałam wskoczyć na dach, by znowu pobiec, kiedy przez niebo przeleciało złote światło. Oślepiło mnie na moment Tak szybko jak się pojawiło tak i znikło jakby wylądowało gdzieś nieopodal mnie. Spadający meteoryt? Chyba wątpię. No i nie słychać było uderzenia.
            Wysunęłam cicho zanpakuto z pochwy. Wyjrzałam zza rogu ulicy i w tym momencie usłyszałam żałosny krzyk gdzieś niedaleko.
- Pomocy! Proszę…! Odejdź…! Zostaw mnie!- wołał żeński głos. Nie rozumiałam oczywiście, co krzyczała jednak to mnie nie zatrzymało, by sprawdzić co się dzieje.
            Od razu rzuciłam się w tamtym kierunku. Może to był zwykły bandyta, ale to chyba nie był zwykły zbieg okoliczności te jasne światło i krzyk. Nie pomyślałam by zawiadomić innych. Nie miałam czasu. Jakaś kobieta potrzebowała pomocy.
            I nagle ujrzałam… Postać człowieka w czerwono- zielonym tradycyjnym stroju z czarnymi skrzydłami i głową ptaka. W ręku trzymał coś na kształt włóczni, a na drugim ramieniu przerzucił do połowa już martwą kobietę. Tengu…
             Spojrzał w moją stronę i zanim zdążyłam zareagować uniósł się w górę i odleciał. Od razu pomknęłam za nim, niestety daleko w tyle. Gdy przybyłam u podnóża gór straciłam go już kompletnie z oczu. Mimo to pobiegłam dalej. Po półtorej godziny błądzenia w zimnym lesie, znalazłam ścieżkę, która najprawdopodobniej prowadziła do świątyni na szczycie góry. Miałam już zamiar się wycofać, kiedy ujrzałam u dołu schodów sylwetkę siedzącego mężczyzny. Opierał się o drzewo. Być może jakiś zagubiony turysta zmęczył się i zasnął. Podeszłam bliżej. Teraz już lepiej widziałam tego człowieka. Był mnichem… zabitym mnichem… Jego szczęka była nienaturalnie wykrzywiona, jakby wyłamana, a brzuch niemalże całkowicie rozerwany jakby przez drapieżniki. Zasłoniłam usta ręką i odeszłam dalej. Czyżbym była na właściwym tropie?
            Parę schodków dalej ujrzałam zgubiony but. Jego właściciel chyba go tak po prostu nie zostawił. Dalej prowadziły mnie już ślady krwi. Na początku prowadziły dalej w górę przez schodki, potem ujrzałam wielką czerwoną plamę. Dalej osoba musiała się już chyba czołgać, bo ślady były rozmazane i odbiegały w prawo w krzaki. Ostrożnie podążałam za poszlakami cały czas mając miecz w pogotowiu. Gdy zeszłam ze schodów trop był już mniej widoczny. Krew wsiąkła w ziemię, i gdyby nie to, że rzucił mi się w oczy krwawy ślad ręki na korze drzewa, nie wiedziałabym dokąd iść. Właściciela buta odnalazłam kilka metrów dalej przywiązanego do drzewa. Był w podobnym stanie, co mnich.
- Zaczyna mi się to coraz mniej podobać…- rzekłam do siebie półtonem.
- Czy ktoś tu jest…?!
            Natychmiast odwróciłam się w stronę głosu i dostrzegłam ducha mężczyzny w średnim wieku, który wisiał na drzewie. Był w nieco lepszym stanie niż jego ciało. Oczywiście fizycznym. Psychicznie był na skraju załamania. Cały czas trzymał się za głowę jak histeryk. Łańcuch przymocowany do jego piersi był już dość krótki. Mimo iż byliśmy w Chinach i ograniczał nas język, nie miałam trudności w zrozumieniu go. W postaci duchowej nie istnieje bariera językowa.
- Błagam pomóż mi!- odezwał się.
- Co tu się stało?- spytałam roztrzęsionego.
- Diabły! Skrzydlate diabły…!  
- Zaatakowały cię?
            Mężczyzna zaczął głęboko oddychać i jęczeć.
- Ból… okropny ból…- zacisnął palce na włosach jakby chciał je wyrwać- Rozrywali ich jak kawałki mięsa…! A potem zabrali ich ze sobą…
- Ich? Jest was więcej?- dociekałam.
            Powiedział kilka w ogóle nie pasujących do siebie słów, po czym zaczął płakać.
To wcale nie pomagało. Byłam coraz bardziej zaniepokojona. Stworzenia udowodniły, że są cholernie groźne, a ja nie miałam żadnego wsparcia. Gdyby jakiś się tu kręcił- nie mówiąc o stadzie- byłoby ze mną krucho. Mężczyzna pokazał kilka palcem kilka miejsc. Musiałam wytężyć wzrok, by ujrzeć cokolwiek w tej ciemności. Udało mi się rozpoznać w wskazanych obszarach wiszące zwłoki ludzi. Było ich około tuzina.
- Słuchaj, odpowiedź na moje pytania to pomogę ulżyć twojej duszy!
            Powoli się uspokajał.
- Co noc kogoś łapią…
- Gdzie są?
- Na górze…
- W świątyni?
- T-tak…
- Ilu ich jest?
- Widziałem tylko pięciu…
            Podziękowałam mu za informacje. Pięciu… To i tak za dużo jak na mnie.
- Teraz możesz odejść w pokoju- i odprawiłam jego duszę na tamten świat.
            Jest poważniej niż opowiadał nam Kyuoraku taicho. Zerknęłam na komórkę. Szlag by to trafił… Nie ma zasięgu. Wysłałam Piekielne Motylki z wiadomościami do reszty. Pewnie trochę im zajmie dotarcie tutaj.
            Zdecydowałam zakraść się dalej. Wiedziałam, że to nie jest najlepszy pomysł i wystawiam się na ogromne niebezpieczeństwo, ale miałabym bezczynnie czekać?
            Po drodze widziałam jeszcze wiele innych ciał. Wszystkie skierowane były głowami w dół góry jakby zostali dopadnięci, gdy zbiegali. Widocznie uciekali i mieli nadzieje na wydostanie się z tego piekła. Niestety nie mieli pojęcia, że byli bez szans. Powoli zbliżałam się do świątyni. Stanęłam za drzewem i przypatrywałam się w ukryciu. Na zewnątrz paliły się pochodnie, a trzech z nich stało na warcie. Lecz zauważyłam, że… wyglądali jak zwykli ludzie…


Ichigo: „W połowie drogi do ukochanej”, 2:31

- Do wszystkich taicho, Zastępczego Shinigamiego i Ichimaru Gina! Melduję, że odnalazłam kryjówkę tengu. Dokładna liczba wrogów jest nie określona. Proszę o natychmiastowe wsparcie. Przesyłam dane do lokalizacji. Kapitan III dywizji, Fukumase taicho.
            Motyl skończył nadawać wiadomość i zniknął. Czemu po prostu nie zadzwoniła? Sprawdziłem w telefonie na mapie, w jakim miejscu się znajduje. Góry. Wszystko jasne, mogła nie mieć zasięgu. Obrałem podany kierunek i jak najszybciej potrafiłem pobiegłem wesprzeć Ayano. Miała farta, że pierwsza odkryła miejsce znajdowania się tengu. A może pecha? Nie wiadomo, co mogą jej zrobić, choć nie wiem czemu tak bardzo rwała się, by ich znaleźć. Nawet na dzisiejszym spotkaniu, kiedy się zjawiłem już jej nie było. Miałem nadzieję ją dziś spotkać. Widocznie tylko jej nie spieszyło się, by mnie zobaczyć…
            To zabolało…
            Czemu tak postępowała? Przecież chyba nadal byliśmy razem, tak? Wiedziałem, że po sytuacji z Onayą trochę się zagmatwało, ale Fukumase ani nikt inny nigdy się o tym nie dowie. A przede wszystkim ta sytuacja nigdy się to nie powtórzy.
            Na chwilę obecną jako jedyny byłem najbliżej niej, bo w momencie otrzymania wiadomości wróciłem do naszej bazy, podczas gdy inni dopiero wracali. Gdy byłem już połowie drogi, zadzwoniła moja komórka.
- Ichigo! Nie mogę się dodzwonić do Ayano, a Motyl nie doleci na czas.- usłyszałem przerażony głos Kiki- Jak tylko ją znajdziesz zabierajcie się stamtąd natychmiast!
- Nie przybędziecie jej wesprzeć?
- Potrzebujemy przygotowań. Oni mają królową…
- Okej, rozumiem, że to coś poważnego. Dobra, zabiorę ją.


Ayano: „Uratowana z opresji?”, 2:57

            Nadal przyczajona gdzieś w krzakach obserwowałam swoich wrogów, którzy zachowywali się prawie jak normalni mnisi zajmujący się świątynią. Aż miałam ochotę zwątpić we wszystko to, co niedawno widziałam. Jedna rzecz mnie zastanawiała tylko. Grupka z nich strzegła jakiegoś stosu. Mimo braku dowodów, że to jednak siedziba tengu liczyłam, że coś musi się niedługo zdarzyć, by potwierdzić moje przypuszczenia. I zdarzyło. Z świątyni wszyło trzech mężczyzn w ubranych w identyczne szaty, co stwór, który zabrał kobietę. Rozmawiali między sobą.
- Amanozako sama jest ucieszona z dzisiejszej kolacji.- rzekł jeden.
- Jirobo san zawsze umie łapać dogodne dziewice.- odparł drugi.
            Mimo sporej odległości od świątyni mogłam przysłuchiwać się ich rozmowie bez problemu. Kim byli ci Amanozako i Jirobo? Może jacyś niezwykle ważni tengu w ich hierarchii?
- Teraz możemy posilić się i my.
            Rozległo się głośne krakanie i zewsząd zlecieli się tengu w swej kruczej postaci. Rozsiedli się na około strzeżonego usypiska i zaczęli ucztę. Wyrywali sobie nawzajem z dziobów mięso. Jak się okazało po przerażających krzykach tą stertą okazali się być ludzie, a ich ofiary oczywiście nadal żyły…
            Mimo odruchów wymiotnych i walącym w piersi sercem, w tej chwili moim naturalnym odruchem było wyciągnięcie katany i ruszenie im z pomocą. Miałam świadomość, że jeśli teraz zdradzę się będę nie tylko na przegranej pozycji- co może też zakończyć się moją śmiercią-, ale i też zaszkodzić naszej misji. Wstałam z krzaków i zamierzałam zaatakować.
            Nie rób tego Ayano, odezwała się w mojej głowie Akari, próbując mnie ostrzec. Dobrze wiesz, że nic nie wskórasz.
            Siedź cicho, odrzekłam.
            Przez chwilę rozważałam wyjęcie również mojego drugiego Zanpakuto. Shinro był znacznie silniejszy niż jego bliźniacy miecz. Chwyciłam go w lewą dłoń i wzięłam głęboki oddech.
- Osusz wraz ze słońcem swym gorącym oddechem, Akari! Shinro!- tymi słowami aktywowałam shikai i rzuciłam się w sam środek tengu.
            Krucze bestie oderwały się od posiłku i przez chwile stały osłupiałe. To była moja szansa, pomyślałam.
- Sunaarushi!- wykonałam w powietrzu cięcie katanami w kształcie X. W wyniku tego moje ostrza zniknęły za to powstał wielki podmuch powietrza i uformował się w małą burzę piaskową. Uderzenie pomknęło na tengu, a wirujące w nim drobinki piasku rozdarły skórę tym, którym nie udało się w porę uciec.
- Uciekaj!- krzyknęłam do młodej dziewczyny, która jeszcze żyła. Chinka mimo iż nie znała japońskiego, zrozumiała o co mi chodzi i pobiegła w stronę lasu.
            Tengu zebrali się i otoczyli mnie z wszystkich stron. Odwołałam piaskowe ostrza, by mieć się czym bronić. Zaatakowało mnie paru. Nie mieli jakiejś konkretnej broni, za to ostre dzioby i pazury. Odparłam ich ataki bez większego problemu i bezlitośnie zabiłam. Rozpłynęli się w powietrzu. Zrozumiałam po chwili, że nie ich powinnam się obawiać. Przede mną pojawili się tengu w pół-ludzkiej postaci m.in. dwójka, którą obserwowałam wcześniej. Unosili się w powietrzu, trzymając w rękach włócznie i dziwne wachlarze z piór.
- Shinigami?- rzekł jeden z zdziwieniem.- Co tutaj robi Shinigami? Nigdy nie zapuszczają się tak daleko.
- Uważaj, skoro jest tu jeden, to reszta musi być gdzieś w pobliżu.- ostrzegł go drugi rozglądając się, po czym natarł na mnie.
            I oby tak było. Nie będę miała zbyt dużych szans w pojedynkę. Zablokowałam cios i już szykowałam się do kontrataku, kiedy ten drugi zamachnął się i uderzył mnie niezwykle silnym wiatrem wywołanym przez wachlarz. Uderzyłam o ziemie.
- Jednak Hokibo miał rację mówiąc, że będą chcieli nas się  pozbyć.- odparł.
            Szybko podniosłam się i z przerażeniem stwierdziłam, że wpatruje się we mnie przynajmniej 3 tuziny krwiście czerwonych, kruczych oczu. Poczułam jak pot ścieka mi po skroni. No to się wpakowałam. Nie czekając aż znowu pierwsi wykonają ruch, użyłam shunpo i znalazłam się tuż za moim przeciwnikiem, by go dźgnąć. Ten jednak odkrył moje zamiary i w porę się obrócił. Wykonałam kilka skoków do tylu i wtedy poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
- Dość Ayano. Zmywamy się stąd.- rzekł Kurosaki.
            Zastygłam w ruchu. Jednak zanim zdążyłam cokolwiek zrobić wziął mnie na ręce i uciekł z zasięgu wzroku potworów.
- Możesz już mnie puścić- warknęłam, gdy byliśmy jakieś 30 kilometrów dalej.
            Pomarańczowowłosy przystanął na dachu jednego z budynków i wtedy mnie postawił. Lekko spanikowałam, gdy ujrzałam jego twarz. Patrzył na mnie i uśmiechał się nieśmiało. Czułam się prawie jak naga, nie mogąc ukryć się za postacią Onayi. I co teraz? Mamy nasze pierwsze spotkanie od lat. Jak zachowa się Ichigo?
            Chłopak podszedł do mnie bliżej i na chwilę się zawahał. Oj, czyżby zżerało go poczucie winy, z powodu sytuacji w jaką wpakował się z Onayą?
- Aya…- szepnął i przytulił mnie.
            Zacisnęłam pięści. 
- Czemu to robisz…?- spytałam.
            Chłopak odsunął się trochę i z niepokojem spojrzał na mnie.
- Czemu zachowujesz się tak jakbyśmy się nie widzieli zaledwie kilka dni?- rzekłam ledwo utrzymując swoje emocje na wodzy.
- Czekałem cztery lata i mimo wszystko dla mnie nic się nie zmieniło…- zaczął
- Nie tylko ty czekałeś, ale dla mnie zmieniło się wiele…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz