Ayano: „Po
trupach do celu… dosłownie”, 0:54
Zanim
wszyscy zgromadzili się na naszym spotkaniu, zgłosiłam się do rozeznania
południowo- zachodniej części terenu. Miałam ochotę na dłuższą chwilę wyrwać
się od wszystkich, a odnalezienie tengu zajęłoby mi trochę czasu. No i
oczywiście przede wszystkim nie chciałam widzieć Ichigo. Według naszych
informacji nie działali w centrum Shanghaiu, tylko gdzieś na obrzeżu miasta. Wcale
się nie spieszyłam. Biegłam po niebie ciągle w tym samym kierunku mając małą
nadzieję, że znajdę jakiś trop. Jak na razie nic tylko spokój i oświetlone
ulice miasta.
Dochodziła
powoli pierwsza w nocy. Zatrzymałam się na chwilę przy automacie z kanapkami.
Kolację mieliśmy dawno, a nie wiadomo czy nie spóźnimy się na śniadanie.
Wrzuciłam ostatniego drobniaka jakiego znalazłam w haori i po chwili
wyciągnęłam kanapkę. Schowałam ją do kieszeni i już miałam wskoczyć na dach, by
znowu pobiec, kiedy przez niebo przeleciało złote światło. Oślepiło mnie na
moment Tak szybko jak się pojawiło tak i znikło jakby wylądowało gdzieś
nieopodal mnie. Spadający meteoryt? Chyba wątpię. No i nie słychać było
uderzenia.
Wysunęłam
cicho zanpakuto z pochwy. Wyjrzałam zza rogu ulicy i w tym momencie usłyszałam
żałosny krzyk gdzieś niedaleko.
- Pomocy! Proszę…! Odejdź…! Zostaw
mnie!- wołał żeński głos. Nie rozumiałam oczywiście, co krzyczała jednak to
mnie nie zatrzymało, by sprawdzić co się dzieje.
Od
razu rzuciłam się w tamtym kierunku. Może to był zwykły bandyta, ale to chyba
nie był zwykły zbieg okoliczności te jasne światło i krzyk. Nie pomyślałam by
zawiadomić innych. Nie miałam czasu. Jakaś kobieta potrzebowała pomocy.
I
nagle ujrzałam… Postać człowieka w czerwono- zielonym tradycyjnym stroju z
czarnymi skrzydłami i głową ptaka. W ręku trzymał coś na kształt włóczni, a na
drugim ramieniu przerzucił do połowa już martwą kobietę. Tengu…
Spojrzał w moją stronę i zanim zdążyłam
zareagować uniósł się w górę i odleciał. Od razu pomknęłam za nim, niestety
daleko w tyle. Gdy przybyłam u podnóża gór straciłam go już kompletnie z oczu.
Mimo to pobiegłam dalej. Po półtorej godziny błądzenia w zimnym lesie,
znalazłam ścieżkę, która najprawdopodobniej prowadziła do świątyni na szczycie
góry. Miałam już zamiar się wycofać, kiedy ujrzałam u dołu schodów sylwetkę
siedzącego mężczyzny. Opierał się o drzewo. Być może jakiś zagubiony turysta
zmęczył się i zasnął. Podeszłam bliżej. Teraz już lepiej widziałam tego
człowieka. Był mnichem… zabitym mnichem… Jego szczęka była nienaturalnie
wykrzywiona, jakby wyłamana, a brzuch niemalże całkowicie rozerwany jakby przez
drapieżniki. Zasłoniłam usta ręką i odeszłam dalej. Czyżbym była na właściwym
tropie?
Parę
schodków dalej ujrzałam zgubiony but. Jego właściciel chyba go tak po prostu
nie zostawił. Dalej prowadziły mnie już ślady krwi. Na początku prowadziły
dalej w górę przez schodki, potem ujrzałam wielką czerwoną plamę. Dalej osoba
musiała się już chyba czołgać, bo ślady były rozmazane i odbiegały w prawo w
krzaki. Ostrożnie podążałam za poszlakami cały czas mając miecz w pogotowiu.
Gdy zeszłam ze schodów trop był już mniej widoczny. Krew wsiąkła w ziemię, i
gdyby nie to, że rzucił mi się w oczy krwawy ślad ręki na korze drzewa, nie
wiedziałabym dokąd iść. Właściciela buta odnalazłam kilka metrów dalej
przywiązanego do drzewa. Był w podobnym stanie, co mnich.
- Zaczyna mi się to coraz mniej
podobać…- rzekłam do siebie półtonem.
- Czy ktoś tu jest…?!
Natychmiast
odwróciłam się w stronę głosu i dostrzegłam ducha mężczyzny w średnim wieku,
który wisiał na drzewie. Był w nieco lepszym stanie niż jego ciało. Oczywiście
fizycznym. Psychicznie był na skraju załamania. Cały czas trzymał się za głowę
jak histeryk. Łańcuch przymocowany do jego piersi był już dość krótki. Mimo iż
byliśmy w Chinach i ograniczał nas język, nie miałam trudności w zrozumieniu
go. W postaci duchowej nie istnieje bariera językowa.
- Błagam pomóż mi!- odezwał się.
- Co tu się stało?- spytałam
roztrzęsionego.
- Diabły! Skrzydlate diabły…!
- Zaatakowały cię?
Mężczyzna
zaczął głęboko oddychać i jęczeć.
- Ból… okropny ból…- zacisnął palce na
włosach jakby chciał je wyrwać- Rozrywali ich jak kawałki mięsa…! A potem
zabrali ich ze sobą…
- Ich? Jest was więcej?- dociekałam.
Powiedział
kilka w ogóle nie pasujących do siebie słów, po czym zaczął płakać.
To wcale nie pomagało. Byłam coraz
bardziej zaniepokojona. Stworzenia udowodniły, że są cholernie groźne, a ja nie
miałam żadnego wsparcia. Gdyby jakiś się tu kręcił- nie mówiąc o stadzie-
byłoby ze mną krucho. Mężczyzna pokazał kilka palcem kilka miejsc. Musiałam
wytężyć wzrok, by ujrzeć cokolwiek w tej ciemności. Udało mi się rozpoznać w
wskazanych obszarach wiszące zwłoki ludzi. Było ich około tuzina.
- Słuchaj, odpowiedź na moje pytania
to pomogę ulżyć twojej duszy!
Powoli
się uspokajał.
- Co noc kogoś łapią…
- Gdzie są?
- Na górze…
- W świątyni?
- T-tak…
- Ilu ich jest?
- Widziałem tylko pięciu…
Podziękowałam
mu za informacje. Pięciu… To i tak za dużo jak na mnie.
- Teraz możesz odejść w pokoju- i
odprawiłam jego duszę na tamten świat.
Jest
poważniej niż opowiadał nam Kyuoraku taicho. Zerknęłam na komórkę. Szlag by to
trafił… Nie ma zasięgu. Wysłałam Piekielne Motylki z wiadomościami do reszty.
Pewnie trochę im zajmie dotarcie tutaj.
Zdecydowałam
zakraść się dalej. Wiedziałam, że to nie jest najlepszy pomysł i wystawiam się
na ogromne niebezpieczeństwo, ale miałabym bezczynnie czekać?
Po
drodze widziałam jeszcze wiele innych ciał. Wszystkie skierowane były głowami w
dół góry jakby zostali dopadnięci, gdy zbiegali. Widocznie uciekali i mieli
nadzieje na wydostanie się z tego piekła. Niestety nie mieli pojęcia, że byli
bez szans. Powoli zbliżałam się do świątyni. Stanęłam za drzewem i
przypatrywałam się w ukryciu. Na zewnątrz paliły się pochodnie, a trzech z nich
stało na warcie. Lecz zauważyłam, że… wyglądali jak zwykli ludzie…
Ichigo: „W
połowie drogi do ukochanej”, 2:31
- Do wszystkich taicho, Zastępczego
Shinigamiego i Ichimaru Gina! Melduję, że odnalazłam kryjówkę tengu. Dokładna
liczba wrogów jest nie określona. Proszę o natychmiastowe wsparcie. Przesyłam dane
do lokalizacji. Kapitan III dywizji, Fukumase taicho.
Motyl
skończył nadawać wiadomość i zniknął. Czemu po prostu nie zadzwoniła?
Sprawdziłem w telefonie na mapie, w jakim miejscu się znajduje. Góry. Wszystko
jasne, mogła nie mieć zasięgu. Obrałem podany kierunek i jak najszybciej
potrafiłem pobiegłem wesprzeć Ayano. Miała farta, że pierwsza odkryła miejsce znajdowania
się tengu. A może pecha? Nie wiadomo, co mogą jej zrobić, choć nie wiem czemu tak
bardzo rwała się, by ich znaleźć. Nawet na dzisiejszym spotkaniu, kiedy się
zjawiłem już jej nie było. Miałem nadzieję ją dziś spotkać. Widocznie tylko jej
nie spieszyło się, by mnie zobaczyć…
To
zabolało…
Czemu
tak postępowała? Przecież chyba nadal byliśmy razem, tak? Wiedziałem, że po
sytuacji z Onayą trochę się zagmatwało, ale Fukumase ani nikt inny nigdy się o
tym nie dowie. A przede wszystkim ta sytuacja nigdy się to nie powtórzy.
Na
chwilę obecną jako jedyny byłem najbliżej niej, bo w momencie otrzymania
wiadomości wróciłem do naszej bazy, podczas gdy inni dopiero wracali. Gdy byłem
już połowie drogi, zadzwoniła moja komórka.
- Ichigo! Nie mogę się dodzwonić do
Ayano, a Motyl nie doleci na czas.- usłyszałem przerażony głos Kiki- Jak tylko
ją znajdziesz zabierajcie się stamtąd natychmiast!
- Nie przybędziecie jej wesprzeć?
- Potrzebujemy przygotowań. Oni mają
królową…
- Okej, rozumiem, że to coś poważnego.
Dobra, zabiorę ją.
Ayano: „Uratowana
z opresji?”, 2:57
Nadal
przyczajona gdzieś w krzakach obserwowałam swoich wrogów, którzy zachowywali
się prawie jak normalni mnisi zajmujący się świątynią. Aż miałam ochotę zwątpić
we wszystko to, co niedawno widziałam. Jedna rzecz mnie zastanawiała tylko.
Grupka z nich strzegła jakiegoś stosu. Mimo braku dowodów, że to jednak
siedziba tengu liczyłam, że coś musi się niedługo zdarzyć, by potwierdzić moje
przypuszczenia. I zdarzyło. Z świątyni wszyło trzech mężczyzn w ubranych w
identyczne szaty, co stwór, który zabrał kobietę. Rozmawiali między sobą.
- Amanozako sama jest ucieszona z
dzisiejszej kolacji.- rzekł jeden.
- Jirobo san zawsze umie łapać dogodne
dziewice.- odparł drugi.
Mimo
sporej odległości od świątyni mogłam przysłuchiwać się ich rozmowie bez
problemu. Kim byli ci Amanozako i Jirobo? Może jacyś niezwykle ważni tengu w
ich hierarchii?
- Teraz możemy posilić się i my.
Rozległo
się głośne krakanie i zewsząd zlecieli się tengu w swej kruczej postaci.
Rozsiedli się na około strzeżonego usypiska i zaczęli ucztę. Wyrywali sobie
nawzajem z dziobów mięso. Jak się okazało po przerażających krzykach tą stertą
okazali się być ludzie, a ich ofiary oczywiście nadal żyły…
Mimo
odruchów wymiotnych i walącym w piersi sercem, w tej chwili moim naturalnym
odruchem było wyciągnięcie katany i ruszenie im z pomocą. Miałam świadomość, że
jeśli teraz zdradzę się będę nie tylko na przegranej pozycji- co może też
zakończyć się moją śmiercią-, ale i też zaszkodzić naszej misji. Wstałam z
krzaków i zamierzałam zaatakować.
Nie rób tego Ayano, odezwała się w mojej
głowie Akari, próbując mnie ostrzec. Dobrze
wiesz, że nic nie wskórasz.
Siedź cicho, odrzekłam.
Przez
chwilę rozważałam wyjęcie również mojego drugiego Zanpakuto. Shinro był
znacznie silniejszy niż jego bliźniacy miecz. Chwyciłam go w lewą dłoń i
wzięłam głęboki oddech.
-
Osusz wraz ze słońcem swym gorącym oddechem, Akari! Shinro!- tymi słowami aktywowałam shikai i
rzuciłam się w sam środek tengu.
Krucze
bestie oderwały się od posiłku i przez chwile stały osłupiałe. To była moja szansa,
pomyślałam.
- Sunaarushi!- wykonałam w powietrzu
cięcie katanami w kształcie X. W wyniku tego moje ostrza zniknęły za to powstał
wielki podmuch powietrza i uformował się w małą burzę piaskową. Uderzenie
pomknęło na tengu, a wirujące w nim drobinki piasku rozdarły skórę tym, którym
nie udało się w porę uciec.
- Uciekaj!- krzyknęłam do młodej
dziewczyny, która jeszcze żyła. Chinka mimo iż nie znała japońskiego,
zrozumiała o co mi chodzi i pobiegła w stronę lasu.
Tengu
zebrali się i otoczyli mnie z wszystkich stron. Odwołałam piaskowe ostrza, by
mieć się czym bronić. Zaatakowało mnie paru. Nie mieli jakiejś konkretnej
broni, za to ostre dzioby i pazury. Odparłam ich ataki bez większego problemu i
bezlitośnie zabiłam. Rozpłynęli się w powietrzu. Zrozumiałam po chwili, że nie ich
powinnam się obawiać. Przede mną pojawili się tengu w pół-ludzkiej postaci
m.in. dwójka, którą obserwowałam wcześniej. Unosili się w powietrzu, trzymając
w rękach włócznie i dziwne wachlarze z piór.
- Shinigami?- rzekł jeden z zdziwieniem.-
Co tutaj robi Shinigami? Nigdy nie zapuszczają się tak daleko.
- Uważaj, skoro jest tu jeden, to
reszta musi być gdzieś w pobliżu.- ostrzegł go drugi rozglądając się, po czym
natarł na mnie.
I
oby tak było. Nie będę miała zbyt dużych szans w pojedynkę. Zablokowałam cios i
już szykowałam się do kontrataku, kiedy ten drugi zamachnął się i uderzył mnie
niezwykle silnym wiatrem wywołanym przez wachlarz. Uderzyłam o ziemie.
- Jednak Hokibo miał rację mówiąc, że
będą chcieli nas się pozbyć.- odparł.
Szybko
podniosłam się i z przerażeniem stwierdziłam, że wpatruje się we mnie
przynajmniej 3 tuziny krwiście czerwonych, kruczych oczu. Poczułam jak pot
ścieka mi po skroni. No to się wpakowałam. Nie czekając aż znowu pierwsi
wykonają ruch, użyłam shunpo i znalazłam się tuż za moim przeciwnikiem, by go
dźgnąć. Ten jednak odkrył moje zamiary i w porę się obrócił. Wykonałam kilka
skoków do tylu i wtedy poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
- Dość Ayano. Zmywamy się stąd.- rzekł
Kurosaki.
Zastygłam
w ruchu. Jednak zanim zdążyłam cokolwiek zrobić wziął mnie na ręce i uciekł z
zasięgu wzroku potworów.
- Możesz już mnie puścić- warknęłam,
gdy byliśmy jakieś 30 kilometrów dalej.
Pomarańczowowłosy
przystanął na dachu jednego z budynków i wtedy mnie postawił. Lekko spanikowałam,
gdy ujrzałam jego twarz. Patrzył na mnie i uśmiechał się nieśmiało. Czułam się
prawie jak naga, nie mogąc ukryć się za postacią Onayi. I co teraz? Mamy nasze
pierwsze spotkanie od lat. Jak zachowa się Ichigo?
Chłopak
podszedł do mnie bliżej i na chwilę się zawahał. Oj, czyżby zżerało go poczucie
winy, z powodu sytuacji w jaką wpakował się z Onayą?
- Aya…- szepnął i przytulił mnie.
Zacisnęłam
pięści.
- Czemu to robisz…?- spytałam.
Chłopak
odsunął się trochę i z niepokojem spojrzał na mnie.
- Czemu zachowujesz się tak jakbyśmy
się nie widzieli zaledwie kilka dni?- rzekłam ledwo utrzymując swoje emocje na
wodzy.
- Czekałem cztery lata i mimo wszystko
dla mnie nic się nie zmieniło…- zaczął
- Nie tylko ty czekałeś, ale dla mnie
zmieniło się wiele…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz